Kiedy straciłam przyjaciółkę na rzecz macierzyństwa i prawie straciłam też siebie
Stałam w kuchni Katarzyny i patrzyłam, jak rzuca mojemu mężowi lodowate spojrzenie tylko dlatego, że odsunął dziecięcy śliniak, żeby położyć talerz. Czułam, jak nasza wieloletnia przyjaźń pęka nie przez jedną wielką zdradę, ale przez setki drobnych ran, przemilczeń i pretensji, których już nie umiałyśmy udawać. Długo myślałam, że straciłam Kaśkę bezpowrotnie, aż w końcu obie musiałyśmy przyznać, że macierzyństwo zabrało jej kawałek dawnej siebie, a mnie nauczyło, jak bardzo boli żałoba po kimś, kto przecież nadal żyje.