Kiedy straciłam przyjaciółkę na rzecz macierzyństwa i prawie straciłam też siebie
– Naprawdę nie możesz go tak trzymać? Główka, Michał, główka! – syknęła Katarzyna do mojego męża takim tonem, jakby właśnie zrobił coś strasznego.
Michał zamarł z małą Zosią na rękach. Stałam przy blacie i kroiłam ciasto, ale ręce zaczęły mi drżeć. To miało być zwykłe niedzielne popołudnie. Kawa, sernik, trochę śmiechu jak dawniej. A wyszło jak zwykle od kilku miesięcy – napięcie, pretensje i ten dziwny chłód, którego nie umiałam już przegadać.
– Trzymam ją dobrze – powiedział cicho.
– Ty tak uważasz. Ja potem będę ją uspokajać przez dwie godziny.
Piotr, mąż Katarzyny, siedział przy stole i udawał, że przegląda telefon. Nawet nie podniósł wzroku. On już chyba nauczył się znikać, kiedy robiło się gęsto.
Z Katarzyną znałyśmy się od liceum. Była głośna, śmieszna, wiecznie spóźniona. Potrafiła o północy przyjechać pod mój blok z kebabem i powiedzieć: „Chodź, jedziemy nad Wisłę, bo zwariuję”. To była ta sama dziewczyna, z którą płakałam po pierwszych rozstaniach, z którą wybierałam suknię na ślub i która trzymała mnie za rękę po poronieniu. Dlatego tak długo nie chciałam przyjąć do wiadomości, że po urodzeniu Zosi ktoś mi ją jakby podmienił.
Na początku tłumaczyłam wszystko zmęczeniem. Nieprzespane noce, kolki, karmienie, hormony. Wiadomo. Przywoziłam jej obiady, robiłam zakupy, siedziałam z małą, żeby mogła wziąć prysznic. I naprawdę nie oczekiwałam wdzięczności. Chciałam tylko, żeby czasem spojrzała na mnie jak dawniej, nie jak na dodatkową parę rąk.
Ale z miesiąca na miesiąc było gorzej. Każda rozmowa schodziła na dziecko. Każda. Jak próbowałam powiedzieć, że w pracy mam dramat, bo grożą mi zwolnienia, słyszałam:
– Ty to jeszcze możesz się wyspać. Spróbuj ząbkowania, to pogadamy.
Kiedy powiedziałam, że z Michałem coraz częściej się mijamy i coś między nami siada, wzruszyła ramionami.
– Małżeństwo bez dziecka to jeszcze nie są prawdziwe problemy.
To mnie zabolało bardziej, niż chciałam przyznać. Zwłaszcza po tym poronieniu, o którym wiedziała. Zwłaszcza od niej.
Michał długo gryzł się w język. Nie chciał wchodzić między nas. Ale tamtego dnia w kuchni nie wytrzymał.
– Kaśka, serio, wystarczy. Nikt tu nie chce zrobić krzywdy twojemu dziecku.
Odwróciła się do niego tak szybko, że aż stuknęła kubkiem o blat.
– Nie mów do mnie „Kaśka”. I nie mów mi, co wystarczy. Jak będziecie mieć własne dziecko, może zrozumiecie.
W kuchni zrobiło się tak cicho, że słyszałam tykanie zegara. Poczułam, jak policzki mnie pieką.
– To było podłe – powiedziałam.
– Podłe? Podłe to jest to, że wszyscy oczekują ode mnie, że będę dawną Katarzyną, kiedy ja ledwo żyję.
– Ja nie oczekuję dawnej ciebie. Ja po prostu w ogóle już cię nie widzę.
Pierwszy raz powiedziałam to na głos. I chyba sama się przestraszyłam.
Piotr odłożył telefon i mruknął:
– Dajcie spokój, nie przy dziecku.
Katarzyna parsknęła śmiechem, takim pustym, zmęczonym.
– Oczywiście. Jak zwykle ja jestem problemem.
Wyszliśmy po dziesięciu minutach. Michał przez całą drogę milczał. Dopiero pod blokiem powiedział:
– Ona cię już od dawna nie słucha. Ty też nie musisz tego ciągnąć na siłę.
A ja się wtedy rozpłakałam, bo wiedziałam, że ma rację, ale czułam się, jakbym zdradzała kogoś, kogo kiedyś kochałam jak siostrę.
Przez cztery miesiące się nie odzywałyśmy. Widziałam tylko jej zdjęcia w internecie. Zosia w czapeczce. Zosia przy marchewce. Zosia śpiąca, Zosia z katarem, Zosia na macie. A Katarzyny nie było nigdzie. Tylko podpisy o „mamowym chaosie”, „kawce odgrzewanej pięć razy” i „najpiękniejszym zmęczeniu świata”. Strasznie mnie to drażniło, a potem miałam wyrzuty sumienia, że mnie drażni.
W grudniu zadzwonił do mnie Piotr. Nigdy wcześniej tego nie zrobił.
– Możesz do niej przyjechać? – zapytał. – Ja już nie wiem, jak z nią rozmawiać.
Pojechałam. Katarzyna siedziała na podłodze w dresie, w nieumytych włosach, wśród zabawek i prania. Zosia płakała w łóżeczku, a ona patrzyła w ścianę.
– Nie musisz nic mówić – powiedziała, kiedy mnie zobaczyła. – Po prostu posiedź.
Usiadłam obok.
Po kilku minutach zaczęła mówić sama. Że od roku nie przespała porządnie jednej nocy. Że Piotr niby pomaga, ale tak naprawdę wszystko i tak jest na jej głowie. Że jak raz wyszła sama do Rossmanna, to miała atak paniki przy półce z szamponami, bo nie wiedziała, co w ogóle lubi. Że patrzy w lustro i widzi tylko matkę, a nie kobietę, nie żonę, nie przyjaciółkę, nikogo.
– Jak ty powiedziałaś wtedy, że mnie nie widzisz… – urwała i zaczęła płakać. – Bo ja też siebie nie widzę.
Mnie też puściło. Siedziałyśmy dwie dorosłe kobiety na podłodze, ryczałyśmy jak głupie, a w tle buczała pralka.
– Ale skrzywdziłaś mnie – powiedziałam. – I Michała też. Jakby nasze życie było mniej ważne, bo nie kręci się wokół dziecka.
Przytaknęła.
– Wiem. Byłam okropna. Chyba chciałam, żeby cały świat uznał, że mam najtrudniej, bo inaczej bym się rozsypała.
Nie przytuliłyśmy się od razu. To nie było takie proste, jak w filmach. Za dużo się nazbierało. Za dużo żalu, niedopowiedzeń, tego dziwnego poczucia, że obie coś straciłyśmy.
Dziś znowu mamy kontakt, ale już inny. Rzadszy. Ostrożniejszy. Bardziej prawdziwy. Katarzyna czasem potrafi napisać nie o Zosi, tylko o sobie. Ja nauczyłam się nie oczekiwać, że wróci dawna wersja mojej przyjaciółki, bo ona już nie wróci. Zresztą ja też nie jestem tą samą osobą.
Najbardziej boli mnie to, że czasem miłość i przyjaźń nie kończą się hukiem, tylko cichym znikaniem człowieka, którego niby masz obok. Czy da się naprawdę ocalić relację, kiedy życie tak bardzo was rozjechało?
I powiedzcie szczerze: czy ja powinnam była walczyć o nią bardziej, czy odpuścić dużo wcześniej?