Moja mama zabrała mi dzieci dwa razy. Po drugim pogrzebie rozpadło się już wszystko
– Nie dotykaj mnie! Słyszysz?! Nie waż się mnie dotykać! – krzyknęłam na szpitalnym korytarzu tak głośno, że jakaś pielęgniarka aż stanęła jak wryta.
Moja matka stała pod ścianą w rozpiętym płaszczu, blada, roztrzęsiona, z rękami przyciśniętymi do piersi. I tylko powtarzała szeptem:
– Ewelina, ja tylko na chwilę… ja się tylko odwróciłam…
Na chwilę. Te dwa słowa będą mnie chyba prześladować do końca życia.
Tego dnia umarła moja Zosia. Miała cztery lata. Wypadła z balkonu u mojej mamy na trzecim piętrze, bo matka wyszła do kuchni sprawdzić zupę. Balkon był uchylony, krzesło dosunięte do barierki, a Zosia była ciekawska, żywa, wszędzie jej było pełno. Wiedziałaś o tym, mamo. Wiedziałaś.
Ale to nie był pierwszy raz, kiedy straciłam dziecko pod jej opieką.
Dwa lata wcześniej zginął mój synek, Staś. Miał pięć lat. Mama odebrała go z przedszkola, bo ja siedziałam dłużej w pracy, a Michał był w delegacji pod Radomiem. Mieszkaliśmy wtedy w bloku w Olsztynie, mama trzy ulice dalej, więc wszyscy mówili, że mam skarb. „Przynajmniej masz komu dzieci zostawić”. Też tak mówiłam. Jak głupia.
Tamtego dnia zabrała Stasia do osiedlowego sklepu. Zostawiła go na chwilę przed wejściem, bo „nie chciała go ciągać między półkami”. On zobaczył po drugiej stronie ulicy budkę z goframi i pobiegł. Kierowca nawet nie zdążył zahamować.
Pamiętam, jak przyjechałam na miejsce. Jeden bucik leżał przy krawężniku. Mały, granatowy, z odpiętym rzepem. I moja matka, która wyła tak, że ludzie odwracali wzrok.
Wtedy jej nie oskarżyłam.
Nie miałam siły. Byłam jak pusta skorupa. Michał też. Oboje płakaliśmy po nocach, ale inaczej. Ja trzymałam zdjęcia Stasia i nie mogłam oddychać, a Michał chodził po mieszkaniu i walił pięścią w ścianę. Potem przytulał moją matkę. Tak, ją. Mówił, że to nieszczęśliwy wypadek, że nie możemy stracić jeszcze jej, bo ona też to przeżywa.
Ja też próbowałam tak myśleć. Bo jak żyć ze świadomością, że własna matka przez nieuwagę doprowadziła do śmierci twojego dziecka?
Minął rok. Urodziła się Zosia. Nie planowałam już drugiego dziecka tak szybko, ale zaszłam w ciążę i kurczowo się tego uczepiłam. Jakby nowe życie miało zasłonić tamtą dziurę. Nie zasłoniło. Po prostu nauczyłam się chodzić z tą dziurą w środku.
Michał wrócił wtedy do normalności szybciej niż ja. A może tylko udawał. Coraz częściej się kłóciliśmy. O drobiazgi. O rachunki. O to, że nie odpisuję. O to, że patrzę w ścianę. Pieniądze też się sypały, bo po Stasiu poszłam na terapię, brałam zwolnienia, potem zmieniłam pracę na gorzej płatną. Kredyt, czynsz, przedszkole. Zwykłe życie, które powinno być zwykłe, a nas dusiło.
Najgorsze było to, że Michał nalegał, żeby moja mama nadal pomagała przy Zosi.
– Przecież ona nie zrobiłaby nic celowo – mówił.
– Ale już raz nie dopilnowała!
– Ewelina, ile razy można człowieka za to zabijać?
Pamiętam tę kłótnię. Stałam przy zlewie, ręce mi się trzęsły.
– A ile razy można ryzykować życiem własnego dziecka? Powiedz mi.
On wtedy zamilkł. Ale i tak postawił na swoim. Ja wróciłam do pracy, bo nie było wyjścia. Mama miała odbierać Zosię dwa razy w tygodniu. Tylko tyle. Tylko tyle wystarczyło, żeby moje życie spaliło się do końca.
Po śmierci Zosi nie było już czego zbierać. Na pogrzebie stałam jak obca. Ludzie ściskali mnie za ręce i szeptali: „Bóg tak chciał”, „trzymaj się”, „mama na pewno nie chciała”. Miałam ochotę krzyczeć. Nie chciała? To ma wystarczyć?
Wniosłam sprawę. Rodzina się odwróciła.
Ciotka Danuta zadzwoniła do mnie wieczorem.
– Ty naprawdę chcesz matkę po sądach ciągać?
– Chcę, żeby ktoś wreszcie nazwał to po imieniu.
– To były wypadki.
– Dwa razy? Dwa razy, ciociu?
Rozłączyła się.
Michał nie stanął po mojej stronie. Powiedział, że oszalałam, że chcę zemsty, a nie sprawiedliwości. A ja wtedy pierwszy raz powiedziałam mu coś, czego chyba już nie da się cofnąć.
– Gdybyś mnie wtedy posłuchał i nie oddawał Zosi do mojej matki, ona by żyła.
Usiadł, jakby ktoś go uderzył. Potem tylko rzucił:
– A gdybyś po śmierci Stasia nie wróciła do pracy, to też by żyła.
Do dziś słyszę to zdanie. Było jak nóż. Cichy, wsunięty prosto pod żebra.
Rozwiedliśmy się po dziewięciu miesiącach. Bez wielkiej awantury w sądzie, bez scen. Najgorsze rzeczy dzieją się czasem właśnie cicho. Podpisy, spojrzenia w bok, dwa kubki po kawie na korytarzu i koniec małżeństwa.
Sprawa przeciwko mojej matce ciągnęła się długo. Biegli, zeznania, sąsiedzi, policja, pytania tak zimne, że człowieka mdli. Czy balkon był zabezpieczony. Czy dziecko było nadpobudliwe. Czy wcześniej zgłaszałam obawy co do opieki babci. Jakby trzeba było udowodnić, że moje dzieci naprawdę żyły i naprawdę były moje.
Mama na sali rozpraw płakała. Schudła strasznie, postarzała się o dziesięć lat. Czasem łapałam się na odruchu, żeby podejść, poprawić jej szalik, dać wodę. A potem widziałam przed oczami bucik Stasia i różową kurtkę Zosi rozciętą na izbie przyjęć.
Sąd uznał jej winę. Dostała wyrok w zawieszeniu. Wiele osób mówiło, że po co mi to było, przecież dzieci mi to nie wróci. No nie wróci. Ale ja już nie mogłam żyć w tym rodzinnym kłamstwie, że nikt nie zawinił, że po prostu tak się stało.
Dziś mieszkam sama w małym mieszkaniu pod Bydgoszczą. Wieczorami nadal zostawiam zapalone światło w przedpokoju. Taki głupi nawyk, jakby dzieci miały zaraz wrócić i zrzucić buty przy drzwiach. Czasem budzę się o piątej rano z myślą, że muszę zrobić kanapki do przedszkola. A potem przychodzi ta cisza. Najgorsza cisza świata.
Nie rozmawiam z matką od trzech lat. Pisze czasem listy. Nie otwieram ich. Może jestem potworem. A może po prostu córką, której pękło wszystko, co dało się jeszcze skleić.
Powiedzcie mi szczerze: czy da się wybaczyć komuś, kto nie chciał zabić, ale dwa razy zabrał ci cały świat?
I czy brak przebaczenia naprawdę czyni ze mnie złą osobę, czy tylko matkę, która już nie ma siły udawać?