Powiedziałam pani Nowak, że mam dość bycia jej dziewczyną na posyłki. Powinna była poprosić córkę, gdy ta była w domu.
– Pani Kasiu, czy mogłaby mi pani przynieść chleb z piekarni? – usłyszałam przez telefon, zanim jeszcze zdążyłam się dobrze obudzić. Była sobota, siódma rano. Spojrzałam na zegarek i westchnęłam ciężko. To już trzeci raz w tym tygodniu, kiedy pani Nowak dzwoniła do mnie z prośbą o drobną przysługę. Od roku, odkąd zachorowała i większość czasu spędzała w łóżku, stałam się jej nieoficjalną opiekunką.
Nie miałam serca odmówić. Sama jestem samotna – mąż odszedł do innej, dzieci wyjechały za granicę. Pani Nowak była dla mnie kimś bliskim, odkąd zamieszkałam w tej kamienicy. Ale od pewnego czasu czułam, że coś jest nie tak. Jej córka, Ela, mieszka w Warszawie. Ostatni raz widziałam ją rok temu, kiedy przyjechała na kilka dni z dwójką dzieci. Wtedy jeszcze miałam nadzieję, że Ela zajmie się matką, ale po kilku dniach wyjechała, zostawiając mi na lodówce kartkę: „Kasiu, dziękuję za wszystko, mama na pewno może na ciebie liczyć”.
Od tamtej pory telefon pani Nowak dzwonił coraz częściej. Najpierw były to zakupy, potem odbiór leków z apteki, a ostatnio nawet pranie i gotowanie. Czułam się coraz bardziej zmęczona i wykorzystywana. Pracowałam zdalnie, ale i tak ledwo wyrabiałam się z własnymi obowiązkami. Często łapałam się na tym, że nie mam już siły ani ochoty na własne życie.
Pewnego dnia, kiedy wracałam z apteki z kolejną torbą leków, spotkałam sąsiadkę z parteru, panią Marię. – Kasiu, ty znowu do tej Nowakowej? – zapytała z przekąsem. – Ona ci płaci chociaż za to wszystko?
Zarumieniłam się. – Nie, ale… Ona nie ma nikogo. Jej córka nie przyjeżdża.
Pani Maria prychnęła. – A to nie twoja sprawa. Każdy ma swoje życie. Uważaj, bo się wykończysz.
Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście nie przesadzam. Czy naprawdę jestem zobowiązana do tego, by codziennie pomagać pani Nowak? Przecież mam swoje życie, swoje problemy. Ale kiedy patrzyłam na jej smutne oczy, nie potrafiłam odmówić.
Wszystko zmieniło się pewnego poniedziałku. Byłam w pracy, kiedy zadzwoniła pani Nowak. – Kasiu, bardzo źle się czuję. Czy mogłabyś przyjść i zrobić mi zupę?
Zacisnęłam zęby. – Pani Nowak, jestem w pracy. Nie mogę teraz przyjść.
– Ale ja naprawdę źle się czuję… – jej głos był słaby, niemal błagalny.
– Może zadzwoni pani do córki? – zaproponowałam, choć wiedziałam, że to bez sensu.
– Ela ma małe dzieci, nie może przyjechać. Poza tym mieszka w małym mieszkaniu, nie ma gdzie mnie położyć. Kasiu, tylko ty mi zostałaś.
Po tej rozmowie poczułam się jeszcze gorzej. Przez cały dzień nie mogłam się skupić na pracy. W końcu, po południu, poszłam do pani Nowak. Zastałam ją leżącą w łóżku, blada, z podkrążonymi oczami.
– Kasiu, przepraszam, że cię tak męczę – powiedziała cicho. – Ale naprawdę nie mam nikogo.
Zrobiłam jej zupę, posprzątałam kuchnię, a potem usiadłam na chwilę przy jej łóżku. – Pani Nowak, musimy porozmawiać – zaczęłam niepewnie. – Ja też mam swoje życie, swoje problemy. Nie mogę być cały czas na każde pani zawołanie.
Spojrzała na mnie zaskoczona. – Ale ja nie mam nikogo innego…
– Ma pani córkę. Może powinna pani z nią porozmawiać, poprosić o pomoc. Ja naprawdę nie dam rady robić wszystkiego sama.
Pani Nowak spuściła wzrok. – Ela ma swoje życie. Nie chcę jej przeszkadzać. Poza tym… ona nie chce, żebym z nią mieszkała. Mówi, że nie ma miejsca.
Poczułam gniew. – Ale to nie znaczy, że wszystko musi spadać na mnie! – wybuchłam. – Jestem zmęczona, naprawdę. Może czasem powinna pani poprosić kogoś innego, albo zatrudnić opiekunkę.
W pokoju zapadła cisza. Pani Nowak zaczęła płakać. – Przepraszam, Kasiu. Nie chciałam cię obciążać. Po prostu… boję się być sama.
Wyszłam z jej mieszkania z ciężkim sercem. Przez całą noc nie mogłam spać. Z jednej strony było mi jej żal, z drugiej – czułam się oszukana przez jej córkę, która zepchnęła całą odpowiedzialność na mnie. Następnego dnia zadzwoniłam do Eli.
– Dzień dobry, tu Kasia, sąsiadka pani Nowak. Chciałam porozmawiać o pani mamie.
Ela była wyraźnie zaskoczona. – Co się stało?
– Pani mama jest bardzo chora. Potrzebuje pomocy. Nie mogę być cały czas na każde jej zawołanie. Może powinna pani pomyśleć o jakiejś opiece, albo przyjechać częściej.
Ela westchnęła. – Proszę pani, ja mam dwójkę małych dzieci, pracuję, nie mam jak przyjeżdżać. Mama zawsze była samodzielna, nie chciała się przeprowadzić do nas. Co ja mogę zrobić?
– Może zatrudnić opiekunkę? – zaproponowałam.
– To kosztuje. Poza tym mama nie chce obcych w domu. Zawsze mówiła, że sąsiedzi jej pomogą.
Poczułam, jak narasta we mnie złość. – Sąsiedzi też mają swoje życie. Nie można wszystkiego zrzucać na innych.
Rozmowa zakończyła się w napiętej atmosferze. Przez kolejne dni unikałam pani Nowak. Czułam się winna, ale jednocześnie wiedziałam, że muszę postawić granice. W końcu, po tygodniu, zadzwoniła do mnie znowu.
– Kasiu, czy mogłabyś mi kupić mleko?
Wzięłam głęboki oddech. – Przepraszam, pani Nowak, ale nie mogę już być pani dziewczyną na posyłki. Jestem zmęczona. Proszę poprosić kogoś innego, albo porozmawiać z córką. To nie jest tylko mój obowiązek.
Po drugiej stronie zapadła cisza. – Rozumiem – powiedziała cicho. – Przepraszam, że cię tak obciążałam.
Odłożyłam słuchawkę i poczułam ulgę, ale też smutek. Wiedziałam, że zrobiłam dobrze, ale serce mi się krajało. Przez kolejne dni widziałam, jak do pani Nowak zaczęły przychodzić inne sąsiadki, czasem nawet ktoś z opieki społecznej. Ela zadzwoniła raz jeszcze, przepraszając za swoje zachowanie i obiecując, że postara się częściej odwiedzać matkę.
Dziś, kiedy patrzę na to wszystko z dystansu, zastanawiam się, czy mogłam postąpić inaczej. Czy powinnam była wcześniej postawić granice? Czy naprawdę można być odpowiedzialnym za czyjeś życie tylko dlatego, że jest się sąsiadem?
A wy? Czy kiedykolwiek czuliście się wykorzystywani przez kogoś bliskiego? Jak postawiliście granice?