„Od kiedy to się stało, dzieci dzwonią codziennie. Ale czy naprawdę mnie kochają?”

Siedzę przy kuchennym stole, patrząc przez okno na szarą ulicę. Deszcz bębni o parapet, a ja, Margarita, czuję się jak ten stary dom – trochę zaniedbana, trochę zapomniana. Dziś mam urodziny. Siedemdziesiąte drugie. Zawsze myślałam, że w takim dniu dom będzie pełen śmiechu, zapachu ciasta i rozmów. Ale od kilku lat jest tylko cisza.

Telefon zadzwonił pierwszy raz o ósmej rano. To była Ania, moja najstarsza córka. „Mamo, wszystkiego najlepszego! Jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś? Może zrobić ci zakupy?” Jej głos był miły, ale coś w nim brzmiało sztucznie. Odpowiedziałam, że wszystko mam, że nie trzeba. Rozmowa trwała dwie minuty. Potem zadzwonił Tomek, mój syn. „Cześć, mamo! Sto lat! Słuchaj, pamiętaj, żeby nie otwierać drzwi obcym. Wiesz, jak teraz jest. A jakbyś czegoś potrzebowała, dzwoń.” Znowu – troska, ale taka… na odległość. Najmłodsza, Kasia, zadzwoniła dopiero po południu. „Mamusiu, kocham cię, wszystkiego najlepszego! Przepraszam, że nie mogę przyjechać, dzieci chore, wiesz jak jest.”

Wszystko rozumiem. Każde z nich ma swoje życie, swoje problemy. Ale przecież kiedyś byliśmy rodziną. Pamiętam, jak ich ojciec odszedł. Zostawił mnie z trójką dzieci i kredytem na mieszkanie. Pracowałam na dwa etaty, żeby niczego im nie brakowało. Były dni, kiedy nie miałam siły wstać z łóżka, ale musiałam. Dla nich. Gotowałam, prałam, pomagałam w lekcjach. Byłam i matką, i ojcem. Kiedy zachorowałam na zapalenie płuc, Ania miała wtedy dwanaście lat. Sama zajęła się rodzeństwem, gotowała zupę z kostki i pilnowała, żeby Tomek nie rozbił sobie głowy na podwórku. Kasia była wtedy jeszcze malutka, tuliła się do mnie i pytała, czy już nie będę chora.

Dziś każde z nich ma swoje mieszkanie, samochód, rodzinę. Ja zostałam sama. Odkąd przeszłam na emeryturę, dni ciągną się jak guma. Czasem idę do sklepu, czasem do kościoła. Spotykam sąsiadki, rozmawiamy o pogodzie, o cenach w Biedronce. Ale kiedy wracam do pustego mieszkania, czuję, jakby ktoś wyciągnął ze mnie całą radość.

Od kilku miesięcy dzieci dzwonią codziennie. Zawsze o tej samej porze. Ania pyta, czy biorę leki, Tomek przypomina o zamykaniu drzwi, Kasia mówi, żebym uważała na siebie. Kiedyś cieszyłam się z tych rozmów. Ale teraz… coś się zmieniło. Zaczęłam zauważać, że pytają o rzeczy, o które nigdy wcześniej nie pytali. „Mamo, a masz już testament? Wiesz, to ważne, żeby wszystko było uporządkowane.” „Mamo, a ile masz jeszcze tych oszczędności? Może lepiej by było, gdybyś przelała część na nasze konta, żebyś nie musiała się martwić?”

Początkowo myślałam, że to troska. Ale potem usłyszałam przypadkiem rozmowę Ani z Tomkiem, kiedy przyszli razem na święta. Myśleli, że śpię. „Słuchaj, jak mama umrze, to mieszkanie jest warte co najmniej pół miliona. Trzeba dopilnować, żeby wszystko było po równo.” „No jasne, ale ona chyba nie myśli, żeby coś komuś oddać, prawda?”

Serce mi wtedy pękło. Czy naprawdę jestem dla nich tylko starą kobietą z mieszkaniem i oszczędnościami? Czy te codzienne telefony to tylko kontrola, czy jeszcze żyję i czy przypadkiem nie zmieniłam testamentu?

Ostatnio zaczęłam udawać, że nie słyszę telefonu. Czasem nie odbieram. Chcę zobaczyć, czy przyjdą, czy zadzwonią jeszcze raz. Zawsze dzwonią. Zawsze pytają o to samo. Czasem mam ochotę krzyknąć: „Czy wy mnie w ogóle kochacie? Czy tylko czekacie, aż umrę?” Ale nie mam odwagi. Boję się, że jeśli to powiem, już nigdy nie zadzwonią.

Wczoraj przyszła do mnie sąsiadka, pani Zosia. Ma syna w Anglii, nie widziała go od pięciu lat. „Margarito, nie przejmuj się. Dzieci teraz takie są. My jesteśmy dla nich tylko przystankiem. Ale wiesz co? Ja bym oddała wszystko, żeby mój syn zadzwonił choć raz w tygodniu.”

Może powinnam się cieszyć, że moje dzieci w ogóle pamiętają. Ale nie potrafię. Czuję się jak bankomat. Jak ktoś, kto już się nie liczy, tylko jego majątek. Czasem myślę, żeby wszystko przepisać na jakąś fundację, żeby zobaczyć ich miny. Ale potem przypominam sobie, jak Ania płakała, kiedy zgubiła swoją pierwszą lalkę. Jak Tomek tulił się do mnie, kiedy miał gorączkę. Jak Kasia śpiewała mi piosenki na Dzień Matki. Czy to wszystko było na pokaz?

Dziś wieczorem znowu zadzwonią. Znowu zapytają, czy wszystko w porządku. Odpowiem, że tak. Bo co mam powiedzieć? Że czuję się niepotrzebna? Że boję się, że umrę sama, a oni przyjdą tylko po klucze do mieszkania?

Może przesadzam. Może to tylko moje lęki. Ale czy matka nie czuje, kiedy coś się zmienia w sercu jej dzieci?

Czy wy też czasem czujecie się niepotrzebni własnym dzieciom? Czy to tylko ja jestem taka przewrażliwiona?