Moje córki patrzyły na mnie jak na obcego. Najgorsze było to, że coraz częściej zaczynałem wierzyć, że naprawdę nim jestem
„Nie musisz przyjeżdżać, jak ci tak ciężko” – powiedziała Maja, stojąc w progu w skarpetkach, z rękami skrzyżowanymi na piersi, dokładnie tak jak kiedyś robiła jej matka, kiedy była wściekła.
Zamarłem z torbą w ręku. Za nią stała Zosia, młodsza, i nawet na mnie nie spojrzała. Patrzyła gdzieś w bok, na klatkę schodową, jakbym był kurierem, który pomylił adres.
– Jestem punktualnie – odpowiedziałem cicho. – Tak jak się umawialiśmy.
– Ale wtedy też byłeś umówiony, żeby z nami mieszkać – rzuciła Maja.
Do dziś pamiętam ten moment. Nie dlatego, że to było najmocniejsze, co usłyszałem. Tylko dlatego, że powiedziało to moje dziecko, a ja nie miałem już czym się zasłonić.
Rozwód w papierach trwał kilka miesięcy. W życiu dużo dłużej. Z Pauliną sypało się między nami od lat. Kredyt, nerwy, pretensje o wszystko. O pieniądze, o pracę, o to, kto odbiera dzieci z angielskiego, kto kupił zeszyty, kto znowu zapomniał o zebraniu. Potem doszły ciche dni. Takie najgorsze, kiedy w domu słychać tylko czajnik i szuranie kapci.
Wyprowadziłem się po jednej kłótni, która zaczęła się od rachunku za gaz, a skończyła tym, że Paulina krzyknęła:
– Zniknij, skoro i tak cię tu nie ma!
I ja naprawdę zniknąłem. Wziąłem dwie torby, kilka koszulek, laptop i pojechałem do kawalerki po wujku na drugim końcu miasta. Myślałem, naiwnie, że dzieci zrozumieją, że to jest sprawa między dorosłymi. Że można przestać być mężem, ale nie ojcem. No to się grubo pomyliłem.
Na początku jeszcze było w miarę. Środy i co drugi weekend. Ustalony harmonogram, wszystko jak w tabelce. Odbierałem je spod bloku, zabierałem na pizzę, do kina, czasem do mnie. Kupiłem drugi komplet szczoteczek, kapcie w dwóch rozmiarach, pościel w stokrotki, bo Zosia lubiła żółty. Chciałem, żeby miały u mnie swój kawałek świata, a nie noclegownię.
Ale one przychodziły coraz bardziej zamknięte.
– Jak w szkole?
– Dobrze.
– A u babci byliście?
– Byliśmy.
– To może pojedziemy nad Wisłę? Lody, rowery?
– Nie chce nam się.
Najgorsza była ta uprzejmość. Taka zimna. Jakby ktoś im powiedział, że z obcym trzeba być grzecznym.
Raz usłyszałem, jak Zosia mówi do Mai w łazience:
– Posiedźmy jeszcze dziesięć minut, to szybciej zleci.
Siedziałem wtedy przy stole i udawałem, że nie słyszę. Wpatrywałem się w naleśniki, które zrobiłem od zera, nawet z serem waniliowym, bo kiedyś je uwielbiały. Żadna nie zjadła do końca.
Paulina twierdziła, że nie nastawia ich przeciwko mnie.
– To są skutki twoich decyzji, Michał – powiedziała mi kiedyś na parkingu pod blokiem. – Dzieci pamiętają, kto się spakował i wyszedł.
– A co miałem zrobić? Zostać i codziennie urządzać im piekło?
– Mogłeś walczyć o rodzinę, a nie o święty spokój.
To „święty spokój” bolało mnie chyba bardziej niż wszystko inne, bo prawda była taka, że spokój miałem tylko na zdjęciu. W tej kawalerce po wujku ściany były cienkie, sąsiad chrapał jak traktor, a ja jadłem zupki z kubka pod koniec miesiąca, bo alimenty, wynajem i rata za wspólny jeszcze kredyt zjadały prawie wszystko.
A mimo to jeździłem po dziewczynki z pełnym bakiem i uśmiechem przyklejonym trochę na siłę. Bo co miałem im pokazać? Że ojciec siedzi wieczorami na rozkładanej kanapie i gapi się w sufit?
Pękłem w dzień dwunastych urodzin Mai. Kupiłem jej słuchawki, o których mówiła od miesięcy. Nie jakieś byle jakie, tylko te konkretne, odłożyłem na nie przez dwa miesiące. Pojechałem pod blok, chociaż wiedziałem, że impreza jest „tylko dla rodziny i koleżanek”. Tak powiedziała Paulina.
Maja zeszła tylko na chwilę.
– Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedziałem i podałem jej prezent.
Wzięła torbę, ale nawet nie zajrzała do środka.
– Dzięki.
– Mogę cię przytulić?
Zawahała się. Dosłownie sekundę, ale ja to poczułem jak policzek.
– Tata… nie rób scen, dobra?
Scen. Ja. Pod własnym blokiem, a w sumie już nie swoim. Stałem tam jak idiota, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, kiedy usłyszałem przez uchylone okno na parterze głos Zosi:
– Mama, czy on już pojechał?
Wróciłem do samochodu i pierwszy raz od rozwodu ryczałem tak, że musiałem zjechać na pobocze. Nie płakałem po małżeństwie. Płakałem, bo dotarło do mnie, że moje dzieci układają sobie świat beze mnie i może jest im tak łatwiej.
Kilka dni później nie wytrzymałem i napisałem do Mai długą wiadomość. Skasowałem połowę, żeby nie brzmieć jak desperat.
„Wiem, że jesteś zła. Masz prawo. Ale nie odszedłem od was. Odszedłem z domu, w którym wszyscy się dusiliśmy. To nie to samo, chociaż wiem, że dla ciebie może właśnie to.”
Nie odpisała do wieczora. Potem przyszła jedna wiadomość.
„Gdybyś naprawdę nie odszedł od nas, to byś został.”
Siedziałem z telefonem w dłoni i czytałem to chyba dwadzieścia razy. Bo jak wytłumaczyć dziecku coś, czego sam do końca nie umiem sobie wybaczyć?
Teraz dalej je odbieram w środy i co drugi weekend. Dalej pytam o szkołę, o koleżanki, o to, czy Zosi przeszło uczulenie. Czasem Maja odpowie normalnie. Czasem nawet się uśmiechnie. Rzadko, ale jednak. Trzymam się tych okruszków jak człowiek, który boi się, że jak puści, to już nie będzie czego zbierać.
Tylko powiedzcie mi szczerze: ile czasu dziecko może karać ojca za to, że nie umiał uratować domu? I jak odzyskać miejsce w sercu córek, kiedy one już dawno nauczyły się żyć tak, jakby mnie obok nie było?