Dlaczego mam się przejmować, jak wyglądam? – Moja historia o pięknie, starzeniu i odwadze
Szum wieczornego dworca Warszawa Centralna był przytłumiony przez moje własne myśli. Wracałam z delegacji w Trójmieście, walizka ciążyła mi dokładnie tak samo jak powieki. Marzyłam o końcu tygodnia, kolacji z mężem i synem, i o ciszy, której tak brakowało mi w ostatnich dniach. Czułam się zmęczona, trochę zaniedbana – dłuższy czas nie miałam chwili tylko dla siebie. Ale nigdy nie sądziłam, że to właśnie tam, w tej przestrzeni między dworcem a domem, rozpęta się coś, co poruszy tysiące Polek i wywróci moją codzienność do góry nogami.
Zawsze byłam realistką, nigdy nie przykładałam wielkiej wagi do makijażu ani drogich kremów. Czułam się dobrze w swojej skórze, mimo paru zmarszczek i siwych pasemek. „To przecież tylko życie,” mawiała moja babcia, roztartą dłonią wygładzając fałdki na policzkach. Tamtego wieczoru, przechodząc przez halę dworca, zupełnie nie spodziewałam się, że w oko wpadnę komuś, kto patrzy na świat zupełnie innymi kategoriami.
— Przepraszam, pani pozwoli na sekundę — podeszła do mnie młoda kobieta, agresywnie miła, w białym fartuszku z logo jednej z popularnych marek. Sztuczny uśmiech, foldery, próbki kremu w dłoni.
— Dziękuję, nie jestem zainteresowana — próbowałam się wyminąć.
— Ale pani ma takie ładne rysy, tylko zmarszczki trochę zaczynają panią zdradzać, wie pani? — powiedziała ciszej, nachylając się konspiracyjnie. – Mamy dziś świetną promocję na serię przeciwstarzeniową, może chociaż zrobię szybką analizę skóry?
Poczułam jak żołądek ściska mi się z irytacji. Przez ułamek sekundy przeszło mi przez głowę, ile razy słyszałam już podobne komentarze – na rodzinnych imprezach, w pracy, nawet od własnej teściowej. Może powinnam była po prostu wzruszyć ramionami, ale tego wieczoru zwyczajnie nie byłam na siłach.
— A co jeśli nie chcę wyglądać młodo? — wypaliłam głośniej, niż zamierzałam. Wokół odwróciły się głowy przechodniów. — Zmarszczki są dowodem na to, że przeżyłam już trochę w życiu. Nie wstydzę się tego.
Konsultantka się zmieszała, ale próbowała dalej:
— Ale każda kobieta lubi czuć się piękna i zadbana…
— Pani myli piękno z wymogiem wiecznej młodości — powiedziałam stanowczo. — Piękna można być mając trzydzieści, pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat. Moje zmarszczki to nie defekt, to moja historia.
Chciałam odejść, ale rozmowa już się zaczęła, a wokół kilkoro osób słuchało z zainteresowaniem. Ktoś wyciągnął telefon, pewnie nagrywał. Przez moment poczułam się naga na środku sklepu, ale spojrzałam na kobietę przed sobą i coś we mnie pękło.
— To przez to, co nam się codziennie pokazuje – dodałam już spokojniej. – W reklamach, magazynach, nawet na ulicach. My, kobiety, mamy się wstydzić każdej niedoskonałości. A ja już nie chcę.
Byłam cała roztrzęsiona, kiedy wracałam do domu. Rodzina zapytała, czemu jestem taka nerwowa, kiwnęłam tylko głową, że później opowiem. Zamiast obiadu, pierwsze, co zrobiłam, to otworzyłam laptopa i napisałam post na Facebooku. Opisałam całą sytuację: od białego fartuszka, przez komentarze o zmarszczkach, po własne rozgoryczenie. I jedno zdanie zostawiłam na koniec, jak punkt zapalny:
„Dlaczego mam się przejmować, jak wyglądam, skoro mam lata, które coś dla mnie znaczą? Kobiety, nie dajmy się zwariować.”
Nie minęło dwadzieścia minut, a pod moim postem zaczęły pojawiać się setki reakcji, komentarzy i udostępnień. Ludzie dzielili się własnymi historiami: „Moja mama przez całe życie zakrywała siwiznę, żeby nie razić koleżanek”, „Moja córka już w podstawówce wstydziła się własnej twarzy przez social media”. Pojawiły się też głosy oburzenia.
„Jak można się tak zapuścić?”, „Leniwe baby, tylko narzekać potraficie”, „Takie podejście tylko pogłębia brzydotę Polek” – czytałam głosy hejterów z niedowierzaniem i bezsilnym żalem. To bolało bardziej, niż głupie docinki kosmetyczki.
Przez następny tydzień byłam na ustach całego kraju. Dziennikarze dzwonili po wywiady, blogerki cytowały moje słowa, a przeciwnicy zarzucali mi, że szkodzę urodzie narodu. W pracy koleżanka, Basia, ucałowała mnie publicznie w czoło: „Prawdziwa bohaterka, Aniu! Ile można udawać, że mamy po wieczne trzydzieści?” Moja teściowa z kolei zadzwoniła: „Czy ty musisz się tak afiszować z tym wszystkim? Wstydu nie masz?”
Najtrudniejsze jednak okazały się rozmowy z własnym mężem. Wojtek był dumny, ale widziałam, że rosnąca burza zaczyna mu ciążyć. Znajomi z pracy dopytywali, żartowali, czy „żona zamierza odpalić własną linię kremów czy jej wystarczy własna twarz”.
— Tyle tego w social mediach… Może po prostu usuń ten post? — powiedział cicho, gdy siedzieliśmy wieczorem przy stole. — Po co ci to wszystko?
Poczułam ciśnienie łez, ale nie dla samej siebie. Przypomniałam sobie własną babcię, mamę, koleżanki, które przez dekady żyły w przekonaniu, że z prawdą o swoim wieku jest coś nie tak. Że musimy ciszej śmiać się z pojawiających się kurzych łapek i wygładzać je kremami czy sprytnymi odpowiedziami. Może i jestem tylko jedną kobietą, ale skoro już odezwało się tysiące innych – czy można zamknąć oczy i udawać, że problemu nie ma?
W końcu zdusiłam w sobie złość i powiedziałam tylko:
— Ja już się nie zamierzam chować. Dość tego. Może i jestem głośna, ale wolę być słyszana, niż znowu udawać, że jest mi wstyd. A ciebie proszę tylko o jedno – żebym nie musiała się ciebie wstydzić.
Wojtek przeciągnął dłoń przez stół i ścisnął moją. To była najcichsza i najgłośniejsza odpowiedź tego dnia.
Od tamtej pory minęło kilka tygodni. Nadal dostaję wiadomości – jedne pełne wsparcia, inne przepełnione złością. Zdarzają się propozycje współpracy, a ja – paradoksalnie – coraz częściej patrzę w lustro i widzę już nie mankamenty, a siłę, którą kiedyś dawały tylko kremy.
Może jestem tylko jedną z dziesiątek tysięcy kobiet w Polsce, ale jeśli choć jedna z was, która to czyta, poczuje się lepiej ze sobą, to warto było zaryzykować wszystko.
A wy, dziewczyny – kiedy przestaniemy wierzyć, że to, jak wyglądamy, znaczy więcej, niż to, co mamy do powiedzenia?